Q&A

Wywiad z magazynu Świat Konsumenta

Wywiad z magazynu Świat Konsumenta (19.10.2006) przeprowadzony przez Annę Laszuk, koleżankę Doroty z ławki szkolnej.

Dorota Staszewska, jedenastokrotna zwyciężczyni Mistrzostw Świata i Olimpijka z Atlanty, dziś jest na niesamowitym zakręcie życiowym... Kręgosłup nie pozwolił na dalsze uprawianie windsurfingu i etap szesnastoletniej kariery sportowej właśnie się zakończył. Teraz medalistkę pochłaniają plany zawodowe i... kobieca strona życia, czyli uzupełnianie szafy.

Świat Konsumenta: W tym roku zdecydowałaś się wycofać z kariery sportowej. Sama podjęłaś tak przełomową decyzję czy za namową brata Grzegorza, od którego zaczęła się Twoja przygoda z windsurfingiem?
Dorota Staszewska: Brat bardzo się o mnie martwił, tak jak i moi rodzice. W maju zeszłego roku okazało się, że mój kręgosłup jest w opłakanym stanie. Musiałam przejść sześciomiesięczną rehabilitację i tu chciałam podziękować panu dr. Robertowi Jonakowi za fantastyczną opiekę. W grudniu poleciałam jeszcze na Mistrzostwa Świata do Australii. Wszyscy bardzo się martwili, co ze mną będzie. Dyskopatia jest taką ,,cykającą bombą zegarową”, zawsze może się odezwać…

ŚK: Szczególnie jeśli uprawia się sport wyczynowo…

DS: Windsurfing wyczynowy jest czymś zupełnie innym niż amatorski, gdzie można wziąć mały żagiel i pośmigać dla przyjemności. Windsurfing zawodowy wymaga dużych żagli, osiąga się duże prędkości, przy silnym wietrze są spore obciążenia. Dlatego trzeba bardzo uważać. Nie tylko rodzina się martwiła, ja również. Startowanie w zawodach ze świadomością, że nie wszystko jest OK, to duże obciążenie psychiczne. Wtedy nie mogę dać z siebie wszystkiego, bo jest ta niepewność, że się coś wydarzy.

ŚK: Kiedyś twierdziłaś, że przerwanie kariery sportowej Cię przeraża.

DS: Dotarło to do mnie kilka miesięcy później. Byłam przemęczona zeszłoroczną walką: rehabilitacją z jednej strony i treningami do mistrzostw z drugiej. Zaczęłam też studia podyplomowe. Mój grafik był napięty i nie miałam czasu o tym myśleć. W styczniu wiedziałam, że to koniec i… choć serce ściskało, wówczas właściwie odczułam ulgę.

ŚK: Naprawdę?

DS: Tak. Uzmysłowiłam sobie, że coś się skończyło i jestem na niesamowitym zakręcie życiowym. 16 lat pływałam na desce… Przez wiele lat żyłam ogromnymi marzeniami sportowymi, miałam określone cele i życie ułożone wokół sportu. Nie miałam większych zmartwień, nigdy nic złego mnie nie spotkało. I nagle… Stanęłam przed samą sobą z pytaniem: czy mam szansę odnaleźć się na tyle, by czerpać z czegoś taką radość i satysfakcję jak z pływania na desce? To był taki lekki szok…

ŚK: Z czego teraz czerpiesz satysfakcję?

DS: Od dziecka byłam uczona perfekcjonizmu, wytrwałości, dyscypliny i patrzenia w przyszłość przez pryzmat wielkich ambicji. Ale na szczęście nigdy nie byłam takim sportowcem, który nie miał świata poza swoją dyscypliną. Robiłam różne rzeczy w międzyczasie: kończyłam studia, mam liczne zainteresowania. Sport nie jest dla mnie wszystkim w życiu, ale z drugiej strony bardzo mnie pochłonął i nie nauczyłam się żyć poza nim.

ŚK: Jak więc sobie radzisz?

DS: Na szczęście zdołałam się uspokoić. Mam teraz takie „życie po życiu” i, tak jak małe dziecko, poznaję siebie. To nie jest złe, wręcz przeciwnie – fascynujące! Mogę robić rzeczy, na które nie miałam wcześniej czasu. Bardzo lubię teatr, do którego częściej teraz chodzę. Moje życie zwolniło do normalnego tempa. Zrobiłam dyplom MBA w Szkole Biznesu na Politechnice Warszawskiej. Spotykam się ze znajomymi i rodziną. Mam czas zająć się też sobą: uczę się jazdy konnej, ćwiczę jogę. Odwiedzam częściej kosmetyczkę, fryzjera, sklepy.

ŚK:
A gdzie najchętniej kupujesz?

DS: Najważniejsza jest dla mnie rekomendacja. Jeżeli ktoś, komu ufam, poleci mi produkt, wtedy częściej się na niego decyduję. Jeśli chodzi o żywność, uwielbiam małe sklepy. Nie przepadam za supermarketami, gdzie jest dużo niższa jakość niż w małych sklepach, szczególnie warzyw czy mięsa. W małym mieście pod Warszawą, jakim jest Sulejówek, można kupić dużo lepszą żywność niż w Warszawie. Jeśli chodzi o odzież, wolę centra handlowe.

ŚK: Robiąc zakupy kierujesz się ceną, marką czy jakością?

DS: Ceną raczej nie, chyba że coś jest bardzo drogie – trzeba wówczas włączyć rozsądek. Raczej kieruję się jakością. Niestety często, i pewnie jest to zasługa marketingowców, znane firmy kojarzą mi się z dobrym produktem, aczkolwiek nie jestem zboczeńcem na punkcie marek. Przez cztery lata sponsorowała mnie znana na świecie firma odzieżowa Billabong. Wiele osób zarzucało mi przez to, że jestem gadżeciarą, bo wiele rzeczy mam tej marki. Generalnie bardzo lubię fajnie i ładnie wyglądać, dobrze się czuć. Lubię też wyglądać kobieco, pewnie bardziej od innych, bo jako sportowiec chodziłam w trampkach, a zamiast fryzury miałam mokrą głowę. Dlatego teraz większość czasu pochłania mi moja szafa.

ŚK: Jakie marki można w niej znaleźć?

DS: Nie mam specjalnych upodobań, ale znajdzie się kilka ciuszków firmy Simple, Max Mara, Zara… Noszę również z dumą ubrania Suntex, marki którą stworzyła moja mama. Jej produkty można znaleźć w kilkudziesięciu sklepach w Polsce. Moja mama idzie z duchem czasu i widać to w jej produktach.

ŚK: A gdzie tropi trendy?

DS: Jeździ do Mediolanu, Paryża, Londynu. Na targi do Düsseldorfu.

ŚK: Rodzina jest dla Ciebie niezwykle ważna. Chętnie też wracasz do rodzinnego domu w podwarszawskim Sulejówku…

DS: Sulejówek rzeczywiście kojarzy mi się jak najlepiej, mam fantastyczne wspomnienia związane z tym miejscem. Nie wiem, czy to zasługa rodziców czy domu i otoczenia, a może wszystkiego razem, czegoś co daje mi ogromny spokój.


ŚK: Ale na początku – co sama podkreślasz w wywiadach – nie było tak sielsko…

DS: Moja przygoda ze sportem zaczęła się trochę ponuro, ponieważ byłam do sportu zmuszana przez mojego ojca. Najpierw, gdy miałam pięć lat, pamiętam jazdy na lince za samochodem – na każdym zakręcie wpadałam w zaspę. Tata nie dał mi wyboru, po prostu musiałam iść w ślady starszego brata, który nigdy nie bał się prędkości i sportowych wyzwań. Podobnie było z deską. Na szczęście tylko na początku. Szybko wciągnęłam się w windsurfing. Bardzo szybko, bo już po pięciu latach pływania na desce, zaczęłam przygotowywać się do igrzysk Atlanta’96. Zaparłam się jako szesnastolatka, że za dwa lata będę najlepsza. Moi rodzice uważali, że to za wcześnie i chyba mieli rację, ale ja byłam tak narwana… Byłam maszyną, osobą nie do zatrzymania. Chciałam jechać i koniec!

ŚK:
Podobno Twój brat miał talent, ale to Ty sięgnęłaś po największe trofea w tej dyscyplinie. Czy na początku nie było w tym odrobinę przekory, chęci rywalizacji?

DS: Nie. Nigdy z moim bratem nie rywalizowaliśmy. Zawsze byłam w niego wpatrzona jak w obrazek i tak jest do dzisiaj. Również kiedy przychodzę do niego na klęczkach, żeby naprawił mi samochód (śmiech). Ma stajnię samochodów VTG, jedną z najlepszych firm tuningowych w Polsce. Odnosi wielkie sukcesy. Dzisiaj jest bardziej rozpoznawalny niż ja. Jest wielokrotnym mistrzem Polski w sprincie samochodowym, ale jego największy sukces to wyprodukowanie dwóch najszybszych samochodów w kraju Typhoon i Corvette. Typhoon ma aktualny rekord Polski 9,36 s. na dystansie 400 m w wyścigach równoległych.

ŚK: Co poradziłabyś młodym adeptom windsurfingu?

DS: Przede wszystkim trzeba zacząć od profesjonalnych lekcji. Błędem jest uczenie się samemu albo od kolegów, bo można się bardzo zniechęcić. Ktoś zrobił badania (choć to było jakieś 10 lat temu), że na 100 osób próbujących sił takim sposobem, tylko jedna kontynuowała naukę. Tych, którzy zetknęli się z windsurfingiem przed 2000 r. i się zniechęcili, namawiam by jeszcze raz spróbowali, bo kilka lat temu mieliśmy rewolucję w sprzęcie dla początkujących. Deski są teraz szersze, żagle mniejsze, a cały sprzęt lżejszy. Tak naprawdę w ciągu jednego dnia można nauczyć się pływać w różnych kierunkach, zakręcać, wracać do plaży itd. Szczególnie polecam deski firmy Starboard, z którą osobiście byłam związana przez wiele lat.

ŚK: Teraz, w październiku, obchodzisz swoje urodziny. Masz jakieś plany?

DS: Najprawdopodobniej rozpocznę pracę w jednej z renomowanych firm w Warszawie. Ale nie chciałabym o tym dziś mówić, ponieważ jestem w trakcie rozmów.

ŚK: Jak zatem wyobrażasz siebie za 10, 15 lat?

DS: Nasuwa mi się myśl, że chciałabym już być matką i mieć spokojne życie gdzieś w domku pod Warszawą. Nie wiem jeszcze, czy w Sulejówku czy nie. Ale chciałabym mieć poukładane życie emocjonalne i być aktywną osobą.

ŚK: U boku jakiego mężczyzny?

DS: Dla mnie bardzo istotne jest, żeby osoba z która jestem, szanowała mnie i wierzyła w moje możliwości. Musi też wymagać od siebie. Jeśli ludzie od siebie nie wymagają, łatwo mieć nijakie życie.

ŚK:
A zawodowo?

DS: Przez wiele lat pracowałam na siebie: byłam i firmą, i zawodnikiem i wszystkim jednocześnie. To, przyznaję, trochę mnie zmęczyło. Teraz mam ochotę zobaczyć, jak jest w innych dziedzinach. Może się czegoś nauczę, może tam zostanę. Generalnie interesują mnie dwa kierunki: konsulting w zakresie HR oraz public relations.

ŚK: Jesteś pełna optymizmu i wiary w przyszłość. Skąd taka nieustająca silna wola i konsekwencja u Ciebie?

DS: Silna wola i konsekwencja są wtedy, gdy widzę w czymś sens. Bardzo lubię mieć poczucie, że życie i to, co robimy, go ma. Tak mnie wychowano, że gdy coś robię, chcę to zrobić dobrze. Mam mocno zakorzenione poczucie obowiązku i nie lubię tracić czasu. Cenię też jakość życia, a jakość po prostu kosztuje wysiłek.

ŚK: A co byś poradziła osobom, które nie miały takich wychowawców? Mogłyby coś osiągnąć, ale nie wierzą w swoje siły…

DS: Ciężko jest tak radzić ogólnie, ludzie mają różne życiorysy. Ale brak wiary w siebie to chyba najgorsze, co może nas spotkać. Wydaje nam się, że już jesteśmy dorośli i to nie czas, żeby fantazjować. A to nieprawda. Myślę, że trzeba obiektywnie spojrzeć na życie i na pewno jest w nim coś, w czym jesteśmy naprawdę dobrzy. Powinniśmy to rozwijać i czerpać z tego satysfakcję.

ŚK: Sama wiara też nie będzie trwała długo, jeśli nie zostanie poparta osiągnięciami…

DS: Po pierwsze wiara, a po drugie – dochodzenie do celu małymi krokami. Ludzie próbują często od razu zrobić wielki postęp. To jest irracjonalne. Trzeba mieć wizję, ale droga powinna składać się z iluś etapów, pełnych prób i błędów, zwycięstw i porażek. W sporcie jest to szczególnie widoczne. Kiedy kończyłam karierę sportową i miałam obawy przed kolejnym etapem, mój kolega powiedział: „Dorota! A jak uczyłaś się pływać na desce? Wsiadłaś i od razu popłynęłaś czy spędziłaś dużo czasu, żeby się tego nauczyć?” Uświadomił mi, że rozpoczynam coś nowego i powinnam być cierpliwa. Teraz przyszedł czas na nowe wyzwania. Żyję teraźniejszością i przyszłością. I nie rozstawiam pucharów po całym domu, by na nie codziennie patrzeć! (śmiech)

Rozmawiała: Anna Laszuk


Polska wersja